Paulo Dybala jaki jest, każdy widzi: nieprzeciętny, co pełniej oddaje włoskie fuoriclasse. Jest tak dobry, że chciałoby się go jeść łyżkami, szkoda tylko, że sam siebie skąpi swoim nienasyconym zwolennikom.
TOMASZ LIPIŃSKI
To nie były strzały, a raczej laserowe cięcia. Piłka przeszywała powietrze z zawrotną prędkością i osiągała cel z dokładnością co do milimetra. Dzięki temu problemy podczas rutynowej operacji, której Stara Dama mogła nie przeżyć, zostały pomyślnie rozwiązane. A chirurg z Argentyny znalazł się na ustach wszystkich i przy okazji zmienił pozycję: 2,5 miesiąca temu siedział na walizkach, teraz łatwo wyobrazić go sobie na ramionach rozentuzjazmowanego tłumu.
Odrzucone podania
Zresztą kibiców zawsze miał po swojej stronie. Być może to przecenienie ich roli i wpływu na wewnętrzne interesy klubu, ale wydaje się, że gdyby nie ich niezmienne wsparcie i gorące poparcie, które ociera się o ślepą miłość, to bohater wtorkowego meczu już by w Turynie nie mieszkał. Byłby zameldowany w Madrycie, Manchesterze, Londynie albo innym Paryżu. Bo w sierpniu sprawy miały się pokrótce tak: Juventusowi sezon w Lidze Mistrzów nie wyszedł, w związku z tym zmienił się trener, który na Olimpie posadził Cristiano Ronaldo, a pozostałym kazał się do niego niemal modlić i dostarczać ambrozji i nektaru. Każdy przyznał, że mogło to innych boleśnie ugodzić w sportowe ego. Poza tym podskoczyły wyraźnie akcje Douglasa Costy, Juan Cuadrado (wtedy jeszcze traktowany jako skrzydłowy) czuł się nietykalny, Gonzalo Higuain był napastnikiem specjalnej troski traktowanym po starej znajomości, a w pomocy zaroiło się od nowych możliwości. I gdzie tu upchnąć takiego antysystemowca, jak Dybala, którego poprzedni sezon rozebrał z goli niemal do rosołu?
Tak, antysystemowiec to nieprzypadkowe słowo. Bądź tu mądry i znajdź mu idealne miejsce na boisku. Skoro był w drużynie jeden nietykalny, któremu wszystko miało być wolno, to drugiego takiego już trudniej przyjąć. Dla lubiących grzebać w taktycznych numerkach Włochów, Dybala nie był ani typowym środkowym napastnikiem, ani skrzydłowym, ani nawet ofensywnym pomocnikiem. Oczywiście wszędzie mógł zagrać i grał, ale przed tym sezonem Maurizio Sarri miał lepszych kandydatów, niech będzie, że specjalistów w swoich dziedzinach i Dybali mógł złożyć propozycję roli dublera.
Potencjalnie istniało – cały czas mówimy o stanie na koniec sierpnia – jeszcze jedno niebezpieczeństwo, groźniejsze niż gust trenera, mianowicie zemsta działaczy. Dyrektor Fabio Paratici i sztab ludzi z nim współpracujący bez zmrużenia oka i żadnych sentymentów obróciliby Argentyńczykiem jak każdym innym żywym towarem. Do Manchesteru United za Romelu Lukaku? Nie ma problemu. Do Atletico Madryt lub Tottenhamu za gotówkę? Jeszcze lepiej. Do Paris SG, by udeptać ścieżki prowadzące do Neymara? Byłoby znakomicie. Tylko na wymianę z Interem na Mauro Icardiego od początku się krzywili, ale gdyby Dybala się uparł, to może i nad taką propozycją by się głębiej pochylili. On jednak się uparł, żeby zostać w Juventusie i wszystkie podania o zmianę pracy przyjął odmownie. A ile znamy takich historii, w których rebeliant dostawał od działaczowskiego imperium zła jasny komunikat: nie chciałeś, to my tak zrobimy, że niedługo sam poprosisz.
Wielki nieobecny
Wcale więc nie było takie pewne, że nazwisko Dybala znajdziemy na liście zgłoszonej do Champions League i z pewnością on też żył w niepewności, jak nigdy wcześniej. Ostatecznie przyjęty w poczet mistrzowskiej klasy odetchnął z ulgą. Jednak co z tego, skoro granie czekało go tam marne. Na inaugurację z Atletico przybił piątkę zmęczonemu Higuainowi w 80 minucie. Do pokonania Bayeru Leverkusen przyczynił się siedmioma minutami, w których zmieścił asystę do CR7. W Serie A też pisał swoją obecność tylko na marginesie. 1 i 3 kolejka ławka, pomiędzy wypadł mecz z Napoli, w którym został wprowadzony jako trzeci w kolejności, kiedy dochodziła 76 minuta. Później było go więcej, ale co to za pocieszenie grać z Veroną, Brescią i Spal? W drugim garniturze nie każdemu jest do twarzy. W sierpniu i wrześniu musiał bić się z myślami, że latem dokonał złego wyboru. W październiku zaświeciło dla niego słońce.
Na San Siro z Interem po raz pierwszy założył maskę, którą jakiś czas temu uczynił cieszynkowym znakiem rozpoznawczym. Oddał strzał bardzo podobny do tych z Lokomotiwem Moskwa: szybki, silny i niepozostawiający bramkarzowi szans nawet na reakcję, a co dopiero na obronę. Czekał na ligowego gola od 6 kwietnia, czyli równo pół roku. Licząc cały 2019, było to jego dopiero czwarte trafienie. Bilans dobry dla jakiegoś obrońcy.
Do tego, co zrobił we wtorkowy wieczór, należałoby podejść zdroworozsądkowo. Show z wicemistrzem Rosji z jednej strony mało kogo pozostawił obojętnym, z drugiej – był niczym innym niż tylko powtórką sprzed roku. Wtedy za cel obrał sobie Szwajcarów z Young Boys. W Turynie wypłacił im hat-tricka, w rewanżu pojawił się na boisku późno w reakcji na wynik 0:2. Strzelił gola kontaktowego, strzelił też wyrównującego (oba, a jakże z dystansu, jeden ładniejszy od drugiego), którego zabrał mu przechadzający się za blisko bramkarza Ronaldo. Mimo to zliczając wszystko do kupy, to fazę grupową zamknął 5 bramkami. Gwiazdor z Portugalii straszył zerem. Proporcje odwróciły się o 180 stopni w fazie pucharowej. I to jest główny zarzut do Dybali: wymięka, kiedy na stole leży naprawdę duża stawka. Z La Joyi (jak nazywają go Latynosi i radości jak tłumaczą Włosi) zostają ledwie wspomnienia lub momenty. Owszem zdarzył mu się genialny występ z Barceloną 11 kwietnia 2017, w którym rozłożył na łopatki Leo Messiego, ale z czasem został zakwalifikowany do kategorii wyjątku od reguły. A nią stały się absencje (w jakimś sensie zawsze usprawiedliwione, co nie znaczy, że nie denerwujące) w decydujących meczach, jak w rewanżu z Bayernem Monachium w 2016 roku, jak z Realem Madryt w 2018 czy z Ajaksem w tym roku (zmieniony w przerwie z powodu kontuzji). Urazy, kartki, słaba forma kazały także w nim upatrywać przyczynę, dlaczego znów się nie udało. A teraz jego głowa w tym, żeby po pucharowym święcie nie nastała szarość. Żal taki potencjał oglądać w tym kolorze.
Jego wyjątkowość polega jeszcze na czymś. Aktualnie to jedyny piłkarz na świecie, dla którego zarówno Messi, jak i Ronaldo to koledzy z szatni. Grzechem byłoby z tego przywileju nie skorzystać.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W OSTATNIM (44/2019) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”