Oto galeria postaci dawno niewidzianych, niektórych nawet mało znanych lub słabo zapamiętanych, ale przez to wcale nie mniej wartych odkurzenia. Połączyły ich dwie rzeczy: kiedyś grali i to z sukcesami w Serie A, ale dziś nie mają z nią nic wspólnego, to po pierwsze, a po drugie – po latach odebrali telefon z pytaniem: jak leci?
Christian Abbiati jako zawodowy piłkarz nie mógł jeździć na motocyklach, które od zawsze uwielbiał. Teraz to sobie odbija w dwójnasób: jeżdżąc i sprzedając (foto: Daniele Buffa/Forum)
TOMASZ LIPIŃSKI
Tak, to jest ten czas, żeby zadzwonić do dawnego kolegi, powspominać stare czasy i dowiedzieć się co słychać? Z „PN” dzwonimy od dawna i zapis tych króciutkich wspominek można znaleźć na naszych łamach.
Piłkarska gałąź
Oczywiście nie wybieramy numerów do tych, których nazwiska nadal figurują w Skarbach Piłkarskich, już w rubrykach trenerskich, dyrektorskich i innych związanych z profesjonalnymi klubami albo do wcielonych w role telewizyjnych ekspertów. Oni ciągle walczą na piłkarskim froncie. Chodzi o schowanych głęboko na tyłach. Okazuje się, że wielu trwa przy futbolu, ale tym młodzieżowym, półamatorskim i bardzo lokalnym, czekając na okazję, żeby wystrzelić wyżej, równocześnie prowadzi drobne biznesy, w których radzi sobie lepiej lub gorzej. Zdarzają się jednak prawdziwe perełki. By nie googlować za daleko, warto zatrzymać się przy duecie z Łodzi. Marcin Zając – kiedyś szybki, lekki i lotny skrzydłowy – otworzył w rodzinnym mieście klub fitnessowy, którego stał się żywą reklamą. A marzącym, żeby wyglądać jak on świadczy usługi trenera personalnego. Robert Kozielski zasłynął hat-trickiem w ligowym debiucie. To, co z hukiem wystrzeliło w 1988 roku, cichutko z powodu kontuzji zgasło zaledwie dwa lata później. Nie zmarnował wolnego czasu. Został profesorem nadzwyczajnym, wykładowcą na Uniwersytecie Łódzkim oraz Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, specjalistą w marketingu i strategiach rynkowych.
„La Gazzetta dello Sport” również sięgnęła po ten stary, ale niezmiennie ciekawy pomysł telefonu do starego przyjaciela. Od kilku miesięcy tydzień w tydzień odświeżała i prezentowała ekspiłkarzy przebranych w inne kostiumy. Powstały historie po przeczytaniu których oczy robiły się jak spodki, a gęba sama otwierała z wrażenia.
Absolutny numer 1 to Luigi Martini. Nie, to nie jest autor receptury słynnego na cały świat drinka, od którego nazwiska wziął swoją nazwę. Genezy wyskokowego napoju ponoć należy szukać w Nowym Jorku, my natomiast jesteśmy w Rzymie. Tam w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku najlepszy okres kariery spędził signore Luigi. Grał w Lazio i to naprawdę na wysokim poziomie, a w 1974 roku sięgnął mistrzostwa Włoch. Kibice stołecznych Orłów nie mieliby problemów z wymienieniem złotej jedenastki: Felice Pulici w bramce, Giorgio Chinaglia w ataku, kapitan Giuseppe Wilson na stoperze, Luciano Re Cecconi w pomocy, Martini na lewej obronie i tak dalej. Jak nic pojechałby na mistrzostwa świata do RFN, gdyby pod koniec sezonu nie uszkodził barku. W 1979 roku załamała go tragiczna śmierć przyjaciela Re Cecconiego i wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie rodząca się bogata liga przyjmowała z otwartymi rękami większe i mniejsze gwiazdy nie tylko europejskich boisk.
Równocześnie był już w szeregach Alitalii, czyli włoskiego przewoźnika lotniczego. Osiem lat zabrało mu zrobienie licencji pilota. W latach 80-tych zaczął pilotować samoloty pasażerskie i pracował w tej roli do 2007 roku, kiedy odszedł na emeryturę. W międzyczasie zrobił karierę polityczną i przez 10 lat zasiadał w ławach poselskich włoskiego parlamentu.
Polityka to taka gałąź, na której usiadło wielu dawnych piłkarzy. Głównie związanych z Milanem. Gianni Rivera z bliska poznał sejm i senat. George Weah jako prezydent mierzy się z problemami Liberii. Kacha Kaładze został merem Tbilisi, próbował na Ukrainie Andrij Szewczenko, ale jemu akurat nie wyszło i wrócił na bezpieczniejszy, piłkarski grunt. Wysoko zaszedł i szerokie wizje roztacza teraz Vikash Dhorasoo.
Pokerzyści
Nie mógł go się nachwalić Tomasz Wieszczycki, kiedy ich drogi skrzyżowały się w Le Havre. Później grał we wszystkich najlepszych francuskich klubach z przerwą na wypad do Milanu. Na mistrzostwach świata w 2006 roku był niby dublerem Zinedine’a Zidane’a, ale bardziej reżyserem filmu pokazującego przygotowania i drogę trójkolorowych do wicemistrzostwa z punktu widzenia rezerwowego. Ostatnio znany tylko z działalności politycznej i lewicowych poglądów. Z ramienia partii La France Insoumise występuje jako obrońca ucieśnionych i przeciwnik każdej formy dyskryminacji. Z takim programem prowadził kampanię do – tych okrytych złą sławą – marcowych wyborów we Francji. Pretendował do roli mera Paryża. Pierwsze podejście zakończyło się klęską.
Między futbolem a polityką czas wypełniał mu poker. Żadne tam granie po kryjomu ze znajomymi na symboliczne stawki, ale w wielkich kasynach na zawodowym poziomie z telewizyjnymi transmisjami. Ta działalność przyniosła mu zysk wielkości ponad 500 tysięcy euro. Być może zdarzyło mu się spotkać przy jednym stole Tomasa Brolina, któremu również karty dostarczały niezbędnej adrenaliny.
Wspominasz Szweda i widzisz – żeby daleko nie szukać – Petteri Forsella. Też był takim pucołowatym i pogodnym chłopakiem z sąsiedztwa, któremu jak już ktoś chciał dopiec, to pytał: kiedy ostatni raz się ważyłeś? Ale oczywiście grał na dużo wyższym poziomie niż ekstraklasowy Fin. Był ulubieńcem narodu, mistrzostwa Europy w 1992 roku i mistrzostwa świata w 1994 zrobiły z niego legendę. Transfer do mocnej i bardzo bogatej w latach 90-tych Parmy też zrobił swoje dla spotęgowania międzynarodowej sławy. Naprawdę tyle w jego karierze się wydarzyło, że aż trudno uwierzyć, że zdążył to wszystko upchnąć do 29 urodzin. Później poszedł inną drogą: restauratora, pokerzysty i biznesmena. Od ponad 20 lat całą energię wkłada w prowadzenie firmy zajmującej się produkcją odkurzaczy i szczotek do nich. Znajdziecie go pod adresem internetowym firmy Twinner Pro.
Na motorze
Jego dobrym znajomym z Parmy był Antonio Benarrivo. Choć tylko boczny obrońca, to wyglądem: niewysoki, kędzierzawy i długowłosy oraz pełnym dynamiki i ekspresji stylem gry przypominający Bruno Contiego. Przyjemnie oglądało się go w akcji. Kiedy w 2004 roku po 13 sezonach spędzonych w tych samych barwach zakończył karierę, wrócił do rodzinnego Brindisi i urządzał się na nowo. Ze wspólnikiem założył firmę zajmującą się wykańczaniem apartamentów w stanie surowym. Od projektowania po wystrój. Zatrudnia 14 pracowników i chwali sobie życie obok futbolu.
Gdyby chciał, to mógłby nawiązać współpracę z Carlo Nervo. Na boisku biegali mniej więcej po tych samych torach, położonych blisko bocznej linii. Nervo śmigał w Bolonii, której był tak samo wierny jak Benarrivo Parmie. Pod względem liczby występów znalazł się na trzecim miejscu w klubowych statystykach. Talentu wystarczyło na 6 występów w reprezentacji. W życiu po życiu piłkarza, przez pięć lat piastował urząd burmistrza rodzinnej miejscowości Solagna oraz cały czas produkuje i sprzedaje meble. Produkty firmy Kela d. Furniture na pierwszy rzut oka przeznaczone są dla bogatszych klientów.
Raczej do przeciętnego Włocha nie trafia również oferta Cristiana Abbiatiego. Syn Milanu, na krótko adoptowany przez Juventus i Atletico Madryt. Siła spokoju w bramce, abdykował na rzecz Gianluigiego Donnarummy. Jeszcze w charakterze menedżera do spraw wszelakich i nijakich pokręcił się trochę po klubie, aż w końcu zrozumiał, że jego miejsce jest gdzie indziej. Zawsze miał słabość do motorów, tych eleganckich i drogich, z najwyższej póki. Krótko mówiąc – marki Harley Davidson. Od 2016 roku został jej przedstawicielem w Mediolanie. Zarządza biurem, storem i salonem. Z 4 tysięcy sztuk sprzedawanych rocznie we Włoszech to jemu przypada największa pula. A zatem jeszcze raz udało mu się połączyć pasję z zarabianiem.
Na nocną zmianę
Przez Milan jak na ścigaczu przeleciał Witalij Kutuzow. Po Aleksandrze Hlebie największy futbolowy talent, jaki wydała białoruska ziemia. Co na Milan okazało się za mało, wystarczyło na kilka innych włoskich klubów, w tym Bari, gdzie na smutny koniec wplątał się w aferę bukmacherską. I tyle go było widać, aż do momentu, kiedy pojawił się w masce. W futbolu strzelał gole, w hokeju robi wszystko, żeby ich nie tracić. Jest bramkarzem amatorskiej drużyny Hockey Club Diavoli Rossoneri. To hobby, jako taki dochód przynosi mu doradztwo dietetyczne.
Mirko Taccolę odnajdziecie w kadrze olimpijskiej na igrzyska w Barcelonie w 1992 roku, ale akurat porażkę z Polską obejrzał grzecznie z ławki. Był krótko w Milanie, zapisał się jako pierwszy Włoch w lidze greckiej. Od 2000 roku prowadzi w Lucce sklep z komiksami, które we Włoszech chyba w większym stopniu niż gdzie indziej mają rzesze oddanych czytelników. Miejsce pracy Taccoli nie jest przypadkowe, bo to w Lucce odbywają się komiksowe targi, na które zjeżdża ponad milion gości.
W tak doświadczanej teraz przez epidemię stolicy Lombardii zatrzymał się Paolo Virdis. Zanim zakwitł Marco van Basten, on strzelał dla Milanu, był nawet królem strzelców, a i po transferze Holendra jego wkład w sukcesy dream teamu Arrigo Sacchiego wypadało docenić każdemu. W sumie 101 goli w Serie A robi wrażenie. Dziś działa na mniejszą skalę w gastronomi, która zresztą też jest działką chętnie zagospodarowywaną przez nawet jeszcze czynnych piłkarzy. Swoje lokale w Mediolanie mieli między innymi Clarence Seedorf czy wspomniany już Kaładze. W osterii u Virdisa jest kameralnie i bezpretensjonalnie. W sumie 15 stolików. Kto w normalnych już czasach wybierze się do Mediolanu, może odszukać na kulinarnej mapie miasta nazwę Il gusto. Rozmowa z Virdisem o starych czasach w Milanie przy lampce sardyńskiego wina (pochodzi z Sardynii), może być jedną z większych atrakcji pobytu.
W Parmie do stołu podaje Domenico Morfeo i to w dwóch lokalach położonych w centrum miasta. Gdyby tak bardzo chciało mu się trenować, jak duże miał umiejętności, byłby wielki. Na zawsze został niespełnionym talentem, który przemaszerował przez półwysep, robiąc przystanki w Atalancie, Fiorentinie, Milanie, Interze i Parmie.
W niesławie kończył karierę Fabio Macellari, który swego czasu był jednym z pomysłów Interu na zatarcie złego wrażenia po oddaniu za bezcen Roberto Carlosa. Macellari ledwo co zaistniał, później problemy zdrowotne leczył kokainą i był bliski ruiny. Żeby się ratować, uciekł od całego zgiełku i zaszył na głębokiej prowincji. Ciężko pracuje fizycznie. Jest drwalem i piekarzem. W piekarni zmianę rozpoczyna o północy, kończy o 8 rano.
W świętym miejscu
Na koniec perełka z dalekiej Argentyny. Młodziutki Lucas Castroman dołączył do Lazio w 2000 roku, kiedy jeszcze nie przebrzmiały echa świętowania drugiego w historii scudetta. Wzięli go pod skrzydła sławni rodacy: Hernan Crespo, Diego Simeone, Juan Sebastian Veron. On swoich nie rozwinął. Z dobrej strony zapamiętany tylko z powodu gola w derbach, który rzutem na taśmę dał remis z Romą. W wieku 30 lat oddzielił futbol grubą kreską i wrócił do Lujan. Miasta rodzinnego i wyjątkowego. Tam mieści się bazylika Matki Bożej, patronki Argentyny, do której corocznie przybywa 6 milionów pielgrzymów. Kilkadziesiąt metrów od niej stoi sklepik z dewocjonaliami. Prowadzą go ojciec i syn. Po okrągłym na twarzy młodszym z rodu nie widać już w ogóle, że kiedyś był zawodowym piłkarzem.
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (NR 14/2020)